Dobrzy ludzie
Newsletter
Jeżleli chcesz dostawać wiadomości, nowości z Oratorium podaj swoje imię i e-mail
Gościmy
Naszą witrynę przegląda teraz 7 gości
Licznik Odwiedzin
Odsłon : 45657
Relacja z wyjazdu animatorów do Albanii
Przepiękne miejsce, tak można powiedzieć o kraju, jakim jest Albania: góry, bardzo rozległe jezioro Szkoderskie, dzika przyroda, ludzie, których podziwiam, że potrafią żyć w tak trudnych warunkach…Dzień Pierwszy.
Jesteśmy nareszcie w upragnionym celu. To Albania. Okazuje się, że za każdym oknem jest piękny widok. Teraz już wiemy skąd wzięła się nazwa Czarnogóra. Góry od strony tego pięknego kraju, gdy nie są oświetlane przez słońce są czarno-szare, bez wyraźnych szczegółów, jak na dziecięcym obrazku. To na prawdę piękny widok. Z pewnym niepokojem rozpoczęliśmy pracę z dziećmi. Już wiele razy rozpoczynaliśmy półkolonie w Polsce, ale to było całkiem, co innego. Dla naszego szczęścia duża cześć dzieci umie juz całkiem dobrze angielski, co sprawiło, że już od pierwszych chwil dobrze się dogadywaliśmy. Było składanie orgiami, rysowanie, gra w piłkę nożną i siatkową, przeciąganie liny, skakanie przez linę. I było też śpiewanie piosenek... Najpierw po Polsku a potem po "łamanym" Albańskim. Jest kilka dziewcząt, już starszych, które nam pomagają z językiem. Dzieci są bardzo otwarte, dużo z nami rozmawiają, bardzo ciepło się z nami pożegnały. (Po 3 godzinach zabawy)
Dzień Drugi. O 09:00 Albańska msza, niektóre starsze kobiety były ubrane w jakieś, chyba tradycyjne stroje... Miały czarne spódnice i białe chustki na głowach. Msza tutaj wygląda prawie tak samo jak w Polsce. Mieszkamy u ks. Artana, Albańczyka, który studiował w Polsce i świetnie zna nasz język. Dzieci, które były na mszy (a było ich dużo) ucieszyły się na nasz widok. Rozmawialiśmy przed kościołem, po mszy. Jedna dziewczynka podarowała mi i Ani kwiaty. Były bardzo ładne, ale nie wiem skąd je wzięła, bo ja wokoło widziałam same suche osty... Po obiedzie i krótkiej sjeście wyruszyliśmy nad jezioro. Gorąca woda, nieziemskie widoki... Po prostu raj... Dało to nam dużo wypoczynku. Po jeziorze, usiedliśmy na schodkach na zewnątrz i graliśmy na gitarze, pokazaliśmy Albańczykom jak się śpiewa po Polsku. Przyjechał jeden pan i podarował nam dużo arbuzów i melonów. Ah... ta Albania.
To był bardzo męczący dzień. Od 09: 00 zabawa z dziećmi na miejscu, potem chwilka przerwy. O 14: 00 wyprawa nad jezioro z chłopcami, świetna zabawa, porozmawialiśmy trochę, poznaliśmy się i poznaliśmy trochę kultury albańskiej. Chłopcy mają zwyczaj brać łódkę i wypływać na środek jeziora, a dopiero tam się kąpać. Ten dziwny zwyczaj jest spowodowany bardzo nieprzyjemnym dnem. Jest muliste, tam gdzie nie ma mułu są kamienie. Na dodatek gołe stopy są narażone na różne dziwne kolce, które później ciężko jest wyciągnąć. Pomimo wszystko byliśmy ostrożni i nie wsiedliśmy z nieznajomymi dziećmi do starej łódki, która nie wiadomo czyja była... Tu na brzegu jest dużo takich łódek, bezpańskich. Po południu zostaliśmy poproszeni o dzwonienie w dzwon w "naszym" kościele. Był to dla nas wielki zaszczyt i okazja do świetnej zabawy. Następnie, jeszcze z mokrymi włosami przejazd do następnego miejsca, tam znów 3 godziny zabawy... Już powoli mam tyle kontuzji i skaleczeń, że boli mnie wszystko. Woda utleniona nam się kończy;)
Dzień Czwarty. Dziś rano byliśmy w nowym miejscu. Na początku było tylko 4. chłopców. Stwierdziliśmy, ze chyba skrócimy czas zabaw. ale na szczęście później gromadka się powiększyła, doszły też dziewczyny... Wypróbowaliśmy kilka nowych zabaw, pierwszy raz jak zawsze był trudny, ale wszyscy dobrze się bawili. Bardzo zmęczeni wróciliśmy do domu. (Specjalnie używam tu słowa "dom", ponieważ już jestem bardzo przywiązana do tego miejsca). O 16:00 rozpoczęła się zabawa z "naszymi" dziećmi, tu na miejscu. Dziś było jeszcze lepiej. Prawie cala czas w ruchu była lina, ale też i piłka, odbył się prawie profesjonalny mecz siatkówki. Nauczyłyśmy dzieci dużo nowych piosenek, jest grupa która bardzo chętnie śpiewa, nawet w kółko to samo... Na koniec Lidio (największy rozrabiaka i lider wśród chłopców) poprowadził modlitwę, często pomaga nam występując w roli tłumacza. Po tym wszystkim najlepszym rozwiązaniem było jezioro. Jutro trzeba wcześnie wstać, bo rano wyjeżdżamy nad morze, już nie możemy się doczekać.
Dzień Piąty. Dziś był odpoczynkowy dzień. Rano wstaliśmy i stwierdziliśmy, że pogoda nie zapowiada się ciekawie, przygotowaliśmy się na deszcz, ale ubraliśmy się w stroje i wyjechaliśmy z wielka chęcią zanurzenia się w słonej wodzie Adriatyku. W czasie podróży na drodze zobaczyliśmy żółwia, Bartek go upatrzył i schwytał. Zrobiliśmy sobie z nim zdjęcia i przyjęliśmy jako pupilka, pojechał z nami dalej. Nie mieliśmy niestety nad morzem co z nim zrobić, więc wypuściliśmy go znów na wolność. Na plaży okazało się, że mała mżawka to koniec deszczu, chmury się schowały, a słonce zaczęło porządnie świecić. Ale nie zwróciliśmy na to zbyt dużej uwagi, bo zachwyciły nas fale. Od razu rozebraliśmy się i wskoczyliśmy szybko do wody. Fale były wspaniałe, tego dnia wiatr wiał mocniej niż zwykle i niektóre białe grzbiety unosiły się na wysokości ponad 1 metra. Ja z Bartkiem i ks. Piotrem zasnęliśmy sobie na leżaczkach, bardzo szybko uśpił nas szumy fal. Ania i Rafał wybrali się w tym czasie na muszelkowy spacer. Kiedy wrócili wszyscy stwierdziliśmy, że z tego wszystkiego zapomnieliśmy w ogóle o kremie do opalania, byliśmy spaleni na czerwono, najbardziej ks. Piotr. Pomimo pieczenia wskoczyliśmy jeszcze raz na chwilę do wody i dopiero wtedy wybraliśmy się do domu. Potem było juz samo leniuchowanie i jedzenie.
Dzień Szósty.
Dziś znów byliśmy w wiosce Dober (to ta w której jest dużo małych dzieci). Juz trochę dzisiaj więcej rozmawiały po angielsku. Odbyłyśmy nawet z Ania lekcję Angielsko-Albańską, mamy zapisane najważniejsze słówka. Ale nie wiem czy będziemy ich używać, zawsze najszybciej idzie pokazywać gestem. Coraz lepiej wychodzi mi porozumiewanie z dziećmi, nieraz mówię dla siebie po polsku i bardzo żywo gestykuluję, pokazuję i w końcu rozumieją. Uśmiałam się dzisiaj do łez, a na to złożyły się dwie sytuacje: zabawne przygody z językiem i najśmieszniejsze figury robione przez dzieci przy skakaniu na skakance (linie). Po powrocie do domu i poobiedniej drzemce, około 14:00 przyjęliśmy gości (Polacy!). To grupa wolontariuszy, oni mieszkają na przeciwległym końcu Albanii, czyli blisko stolicy. Zaprosili nas na niedzielną imprezę u nich i podarowali nam pudełko lodów. Po krótkiej wizycie odjechali, a my już mieliśmy coś do roboty. Przyszła 16:00 i czas na zabawę z dziećmi, tu na miejscu. Dziś na początek daliśmy im całkiem inne zajęcia. Odbyły się zawody z konkurencjami. Każdy wolontariusz prowadził, co innego. Rywalizacja, mierzenie. Na koniec każdy dostał pluszka, z tym też było sporo śmiechu. Na koniec dnia znów udaliśmy się nad jezioro.
Dziś znów byliśmy w wiosce Dober (to ta w której jest dużo małych dzieci). Juz trochę dzisiaj więcej rozmawiały po angielsku. Odbyłyśmy nawet z Ania lekcję Angielsko-Albańską, mamy zapisane najważniejsze słówka. Ale nie wiem czy będziemy ich używać, zawsze najszybciej idzie pokazywać gestem. Coraz lepiej wychodzi mi porozumiewanie z dziećmi, nieraz mówię dla siebie po polsku i bardzo żywo gestykuluję, pokazuję i w końcu rozumieją. Uśmiałam się dzisiaj do łez, a na to złożyły się dwie sytuacje: zabawne przygody z językiem i najśmieszniejsze figury robione przez dzieci przy skakaniu na skakance (linie). Po powrocie do domu i poobiedniej drzemce, około 14:00 przyjęliśmy gości (Polacy!). To grupa wolontariuszy, oni mieszkają na przeciwległym końcu Albanii, czyli blisko stolicy. Zaprosili nas na niedzielną imprezę u nich i podarowali nam pudełko lodów. Po krótkiej wizycie odjechali, a my już mieliśmy coś do roboty. Przyszła 16:00 i czas na zabawę z dziećmi, tu na miejscu. Dziś na początek daliśmy im całkiem inne zajęcia. Odbyły się zawody z konkurencjami. Każdy wolontariusz prowadził, co innego. Rywalizacja, mierzenie. Na koniec każdy dostał pluszka, z tym też było sporo śmiechu. Na koniec dnia znów udaliśmy się nad jezioro.
Dzień Siódmy.Rano byliśmy w Kopliku (to tam gdzie jest mało dzieci). Dziś zaszczyciło nas tylko dwóch chłopców, ale i tak mieliśmy okazję się zmęczyć. Oczywiście piłka królowała wśród gier. Na koniec był porządny mecz w nogę. Zebraliśmy się trochę wcześniej, zbierało się już na deszcz. Po drodze kupiliśmy chleb i napoje. Tutaj zwykłe wyjście do sklepu i oglądanie miasta jest wielką atrakcją. Wszyscy dziwnie na nas patrzyli, jesteśmy zauważalnie jaśniejsi, (chociaż już dużo się opaliliśmy). Po obiedzie, zamiast spania wymyśliłyśmy z Anią i przygotowałyśmy zabawę na popołudnie. Były to bibułkowe kwiaty. te zrobione wcześniej przez nas bardzo spodobały się dziewczynkom. Szybko zabrały się za wykonanie własnych. Wszędzie latała bibuła. Potem standardowe zabawy z liną, piłką. w tym słońcu wszystko jest wyczerpujące, po zaledwie 3 godzinach jesteśmy padnięci i mokrzy. Dzieci już mocno się do nas przywiązały, kilkoro zostało jeszcze po kończącej modlitwie i nie było im spieszno do domu. Zaczęliśmy oblewać się polewaczką i krzyczeć na całe podwórko, była świetna zabawa. W końcu dzieci jednak nas oswobodziły i ruszyły do domu. Niektóre idą pieszo nawet godzinę. Po całym dniu byliśmy zmęczeni, ale potrzebna była nam jeszcze dawka Polskiego, pośpiewaliśmy.
Dzień Ósmy.To juz ponad tydzień. Bardzo nam się tu podoba i już powoli krąży nam w głowie myśl, że teraz to już tylko ta krótsza połowa, niestety... Cieszymy się jednak, że jutro niedziela, bo wypoczynek jest tu bardzo ważny. Dzieci przekazały nam dziś niezwykle interesującą informację. Otóż, z pobliskiej restauracji uciekła anakonda, ma 9 metrów długości i 1 metr rozpiętości paszczy. Podobno zaatakowała już jedną krowę. Z tego powodu chłopcy stwierdzili, że już nie można wybierać się nad jezioro, bo to egzotyczne zwierzę po prostu nas pożre... Pogoda dziś była wyjątkowa. Nie wiem ile było stopni (nie ma tu termometrów, bo wszystkie i tak by popękały), ale chłód był dla nas bardzo korzystny. Przez chwilę padał nawet deszcz, a to tutaj niezwykłe o tej porze roku (w przeciwieństwie to Polski). Dzieci już bardzo dobrze się z nami bawią, nie możemy ich uspokoić gdy przychodzi koniec zajęć. Poznajemy coraz więcej albańskich słów, a dzieci maja już też swoje ulubione polskie wyrazy. Piosenki tłumaczone na Albański znam już na pamięć.
Dzień Dziewiąty.Dziś niedziela, dzień odpoczynkowy. Po mszy albańskiej na miejscu wyjechaliśmy na imprezę. dopiero na miejscu dowiedzieliśmy się jaka była okazja. Ksiądz z Polski obchodził pierwszą rocznicę swojego pobytu na placówce w Albanii. Zebrało się dużo ludzi, z przewagą wolontariuszy Polaków. Bardzo dobrze czuliśmy się w ich gronie. Na początek odbyła się uroczysta msza, potem udaliśmy się na poczęstunek i wszyscy razem śpiewaliśmy, trochę po Albańsku i po Polsku. O 18:00 wyruszyliśmy do Tirany, bardzo się cieszyłam, że mogę zobaczyć to miasto. Tam czekała nas najefektowniejszy punkt programu - lodowisko. Byliśmy bardzo zdziwieniu po upalnym tygodniu w Albanii, ale tak, w stolicy, w pewnym centrum handlowym stworzono sztuczne pole do szaleństwa na łyżwach. Wspaniała zabawa i niezapomniane przeżycie. Po tej przygodzie pojechaliśmy do oratorium, do salezjanów. Funkcjonuje ono bardzo podobnie jak nasze, ale wygląda zupełnie inaczej. Już samo wejście jest niecodzienne. Cały obiekt jest dokładnie ogrodzony, przy bramie wjazdowej pilnuje ochrona. To niestety konieczne. W Albanii jest dużo muzułmanów, a to naród niebezpieczny i wrogo nastawiony do innych religii. W każdym razie obiekt robi ogromne wrażenie, jest nowoczesny, bardzo dobrze wyposażony. My, animatorzy w Polsce wszyscy marzymy o pracy w takich warunkach. Można wtedy przyjąć więcej dzieci. Zobaczyłam po prostu na żywo moje marzenie, to świetne uczucie. Po tych przygodach, szybko wracaliśmy do "domu". Wysiedliśmy z busa i nawet za bardzo nie otwierałam oczu, żeby się nie rozbudzać;)
Dzień Dziesiąty.Rano, kiedy wstałam i jak zawsze spojrzałam za okno, zdziwiłam się. Za oknem były chmury... Po 10 dniach upału to na prawdę dziwny widok. A widok za oknem znam już bardzo dobrze, każdy szczegół oglądam kilka razy dziennie, ale dalej jest zachwycający. Rano mam taki zwyczaj, kiedy 0 7: 00 dzwoni dzwon w naszym kościele. Pobudkę mamy dopiero, o 8: 00, więc muszę specjalnie wstać. Wtedy wsłuchuję się w melodię uderzeń, patrzę na te piękne góry i myślę o różnych rzeczach... Wracając do chmur.... Zbierało się na deszcz, stwierdziliśmy, ze nie możemy dziś bawić się z dziećmi na podwórku jak zawsze. Więc pomyśleliśmy o sali, w której śpimy. Pomimo wielu krzeseł i stołów, wielkiej komody i kanapy, materacy na ziemi jest dosyć dużo. Poskładaliśmy wszystko w miarę możliwości na jedno miejsce, włącznie z naszymi "łóżkami" i torbami. To był fajny pomysł, bo w pomieszczeniu można wykazać się całkiem innymi, nowymi zabawami. Chociaż deszczu prawie nie było, to do póki chłopcy nie grali w piłkę to siedzieliśmy w naszej sali. Ale chłopcy w końcu, wedle naszych obaw, zaczęli się nudzić i testować wszystkie przedmioty, jakie znaleźli w sali, włącznie z naszymi osobistymi. Dlatego zostali wygonieni na dwór, ale myślę, że dobrze im się grało. Gdy pojechaliśmy do Dober słońce było już w pełni, znów czuło się albański upał. Pomimo tego zagraliśmy mecz w nogę, dziewczyny na chłopaków! Oczywiście chłopcy oszukiwali i dlatego nie wygrałyśmy;) Nawet najmłodsze dziewczynki już się całkiem oswoiły, cały czas ganiały się z ks. Piotrem i śmiały. Po powrocie na kolację, było najlepsze wynagrodzenie za ciężki dzień – Spaghetti ks. Piotra.
Dzień Jedenasty.Dziś pierwszy raz zaspaliśmy, ale do dzieci jakoś zdążyliśmy na czas. Na początku była tylko dwójka całkiem nowych dzieci. Ale była dziewczynka, która miała tak samo na imię jak ja! Podwójne zdziwienie, bo to chyba pierwsze imię pokrywające się z Polskim. Potem doszło kilkoro nam znajomych dzieci. Kolejny raz chcieli nas namówić na pójście nad jezioro. Ale musicie wiedzieć, że jedną z wyraźnych cech Albańczyków jest niezdecydowanie. Często po prostu chcą czegoś, stoją i czekają, a kiedy my już to zorganizujemy to się nagle bez słowa rozchodzą, bez wytłumaczenia i o sprawie wszyscy zapominają. Tak samo było z wyprawą nad jezioro. Głównie graliśmy w piłkę. Po powrocie i po obiedzie mieliśmy czas na spanie. W Polsce nie mogę spać w dzień jeśli chcę później robić cokolwiek. Nawet drzemka wyprowadza mnie z codziennego porządku, Ale w tu jest inaczej, tu w czasie sjesty jest tak gorąco, że na prawdę nie chce się nic robić, nie da rady, tu spanie jak najbardziej mi służy. Nie wiedziałam, że wystarczy trochę inny klimat do innego układu snu... "Nasze" dzieci, (czyli te tu na miejscu) znów chciały dzisiaj mieć konkurencje (oczywiście w szczególności chłopcy). Rafał zrobił dla nich duży, rozbudowany tor przeszkód. Ja z Anią zorganizowałyśmy z dziewczynkami własnoręczne wykonywanie puzzli. I to była dla nas lekcja, że nie każda zabawa musi się udać. Po prostu dzieci się tym nie zaciekawiły i trzeba było wymyślać cos innego.
Dzień Dwunasty. Dziś był ostatni dzień odpoczynkowy. to ostatni dzień na spokojne "zwiedzanie", poznawanie i spokojne przemyślenia. Bardzo dobrze wypoczęłam. Pobudka była o 06: 00 rano... Ale dzięki temu zobaczyłam albański wschód słońca na tle gór... Ah... Razem z ks. Artanem i grupą Albańczyków (w wieku ok. 20 lat) pojechaliśmy na wycieczkę. Jechaliśmy 2-3 godziny po górskiej, niebezpiecznej drodze, trzęsło gorzej niż na kolejce górskiej. Ale opłacało się, widoki były zachwycające, lepsze niż na wszystkich zdjęciach i widokówkach. Po drodze rozmawialiśmy z Albańczykami po angielsku rozmawialiśmy o zwykłych rzeczach, ale tez o kulturze Polskiej i Albańskiej, o problemach ekologicznych... Naszym celem była mała wioseczka nas górskim strumieniem, otoczona z 4. stron górami z pięknym, kamiennym kościołem w centrum. Po mszy przyszedł czas na ucztę. Albańczycy wszystko pięknie przygotowali. Rozpalili grilla, upiekli mięso... Ale w Albanii rzadko ma zastosowanie kiełbasa. Na grillu upiekli baraninę. nie była to dla nas wielka nowość, bo prawie codziennie jedliśmy na obiad mięso ze zwierząt całkiem innych niż w Polsce. Do mięska były warzywa i dwa pyszne specjały: bardzo popularny tutaj ser "feta" i domowy, wielki, chrupiący chleb! Potem rozegraliśmy mecz w siatkówkę Polska - Albania;) Potem był czas wolny, większość z nas siedziała pod drzewami, rozmawialiśmy, było świetnie.
Dzień Trzynasty.
Dziś rano mieliśmy zajęcia u nas, na miejscu wymyśliłam, że dziewczynki mogą malować farbami i ozdabiać kartonowy domek. ale znów przyszedł upał i chłopcy długo nie wytrzymali na boisku, po krótkim czasie przyszli do nas i dołączyli się do zabawy. Było zajęcia dla wszystkich na ponad pół godziny. Oczywiście każdy chciał zrobić to po swojemu i w końcu domek miał kilka warstw kompletnie innych "elewacji", a dach nie wytrzymał napięcia i się zawalił. Po południu pojechaliśmy do Dober. Tam są małe dzieci, stwierdzamy po spędzonym tam czasie, że one są najwdzięczniejsze. Chętnie bawią się we wszystko, nie trzeba nawet nic specjalnie wymyślać, same biorą puzzle, ciągną za rękę i zabawa idzie... I to dzieci z Koplika za każdym razem bardzo ciepło nas żegnają, biegną długą chwilę za naszym busem. W Dober mamy w końcu trochę czasu na robienie zdjęć, a bawiące się dzieci to najlepszy obiekt do fotografowania. Z okazji ostatniego spotkania rozdaliśmy im pluszaki. Bardzo się ucieszyły. Wieczorem poszliśmy nad jezioro, było jak zawsze zachwycające, ale po tym wszystkim padamy... Idziemy szybko spać.
Dzień Czternasty.W nocy i rano padało, ale do 11: 00 już było ładnie. Spędziliśmy ostatnie miłe spotkanie z dziećmi z Koplika. O godzinie jedenastej zaczęły trzaskać pioruny i szybko uciekaliśmy do domu przed burzą. Przerwało to nam emocjonujący mecz Polska - Albania. Nie wiem, kiedy przestało padać, bo spaliśmy podczas sjesty. Ale słońce zdążyło na czas, bo kiedy bawiliśmy się z dziećmi tu na miejscu nie było już śladu deszczu... Niby nie było dziś nic specjalnego, plastelina, kredki, kolorowani, lina piłka, najwięcej rozmów, to już nasze prawie ostatnie chwile. Dzieci już zapowiadają, że będą tęsknić, wszyscy są jednomyślni: nie możemy wyjeżdżać;) Od ks. Artana na pamiątkę i w podziękowaniu dostaliśmy koszulki. Są to szczególne koszulki, są czerwone z czarnym smokiem z flagi Albańskiej i napisem "Albania", bardzo nam się spodobały. Ja nie chcę wyjeżdżać, chociaż wszyscy jesteśmy juz prawie na skraju zmęczenia.
Dzień Piętnasty. Dziś wstaliśmy, o 7: 30 aby zdążyć przygotować imprezę pożegnalną. Księża szybko wyjechali, musieli przywieść dzieci z innych wiosek, żeby zebrać wszystkich, z którymi mieliśmy zajęcia. Kiedy zobaczyliśmy ile ich jest, troszkę się przestraszyliśmy. Trzeba było ich podzielić, żeby ich opanować w zabawach. Na początku oglądaliśmy na rzutniku zdjęcia, które robiliśmy naszymi 3. aparatami przez te 2 tygodnie. wybraliśmy 3. najśmieszniejsze i nagrodziliśmy dzieci, które były na nich. Potem dziewczyny wygoniły chłopaków na dwór, na piłkę, a my zostałyśmy w sali. Odbyło się kilka rund zabawy w "krzesełka". Potem na tą świetną zabawę przyszli chłopcy. My poszłyśmy na dwór. Porozdzielałyśmy się na grupki, każdy robił, na co miał ochotę. Ja zostałam zaproszona do meczu siatkówki. Nasi najlepsi przyjaciele nie mogli się znów z nam rozstać, chodzili po sali, grali na gitarze i wygłupiali się dopóki księża nie wrócili. Na wolne popołudnie oczywiście musieliśmy zaplanować przechadzkę nad jezioro. Idzie się 40 minut, ale jest warto.
Dzień Szesnasty. Dziś wyjeżdżamy, normalnie nie wzruszam się w takich sytuacjach, ale dziś na prawdę chciało mi się płakać. Bardzo związałam się z tym miejscem. Wspomnienia i to bardzo miłe zostaną nam na całe życie. Albania... Ostatnia albańska masz w naszym kościele, ostatnie dzwonienie w dzwon, ostatni raz zobaczyliśmy dzieci, ostatni kęs albańskiego arbuza. Miejmy nadzieję, że do zobaczenia za rok!
animator - Marta
| < Poprzednia | Następna > |
|---|
