Jeżleli chcesz dostawać wiadomości, nowości z Oratorium podaj swoje imię i e-mail
PKP, animatorzy, góry i narty
Niedziela wieczór i wszyscy jesteśmy gotowi do drogi. Przed nami wielogodzinna podróż, która zakończy się wspaniałą przygodą. Jedziemy w Góry. Na wędrówkę, dobrą zabawę i masę innych przygód, które wzbogacą nasze przeżycia. Oczywiście bez przesiadki się nie obyło. Wsiadamy do pociągu. Najpierw tradycyjna osobóweczka do Iławy. Stary wagonik, ale ładnie utrzymany i co najważniejsze ciepły. Miejsc siedzących za wiele to nie było. Chyba całe cztery. Zajęliśmy raczej koniec wagonu... taki dla konduktorów, tak żebyśmy byli w kupie wszyscy razem bo jak wiadomo kupy nikt nie ruszy a i raźniej jest :) No to jedziemy i dojeżdżamy... do Iławy oczywiście... wchodzimy na peron a tam niespodzianka... pociąg opóźniony... no i cóż... wiadomo "PKP". Posiedzieliśmy sobie chwilę w poczekalni. Przynajmniej ciepło było. Mało takich dworców w Polsce :) Kiedy pociąg nadjechał znaleźliśmy trochę miejsc ale niestety rozstrzeliło nas na dwa wagony. Nie zrażając się czekaliśmy cierpliwie na to byśmy mogli razem usiąść. Po wielu kilometrach jazdy naszym TLK zebraliśmy już się w trzy przedziały. Nie przejmując się trudami podróży dojechaliśmy do Zakopanego. Zmiana ciśnienia już kilka stacji wcześniej dała nam po uszach. Wychodząc z pociągu na szczęście nikt niczego z roztargnienia nie zapomniał. Zabraliśmy nasze bagaże i dziarskim krokiem pomaszerowaliśmy na Kościeliską do naszego miejsca zakwaterowania. Kawałek to od dworca, ale szybko jednak się tam idzie. Po drodze zatrzymaliśmy się na zakupy. Pierwsze bochny chleba i wałówka skompletowana. Po przyjściu
do nowego domu przyszedł czas na jakże ważny odpoczynek. Podróż długa niesamowicie.
Około 15 godzin i to tylko w Polsce... Do Londynu bliżej niż do Zakopanego, przynajmniej teoretycznie. No, ale życie zaskakuje a my się uczymy. Szkoda, że w takich warunkach. Drugiego dnia wybraliśmy się nad Morskie Oko. Wcześnie zaplanowana pobudka wprawiła w osłupienie
no, ale jak chce się wrócić za widoku ze szlaku o tej porze roku do trzeba wcześnie wyjść.
Na początku chcieliśmy komunikacją miejską dojechać na Łysą Polane, ale pani w kasie powiedziała, że takich autobusów już nie ma. Tzn. są, ale nie tam gdzie my byśmy chcieli. No to poszliśmy do busiarzy. Panowie mili, ale zacierając ręce też nie udzielili nam informacji na temat zwykłych autobusów w tamte okolice. Że czasu było mało, nie zastanawiając się długo wybraliśmy busa i zapakowaliśmy całą naszą ekipę. Po pół godzinie byliśmy już na miejscu. Szybko kupiliśmy bilety wstępu do TPN- u i ruszyliśmy na szlak. Droga ładna, wręcz jakby odśnieżona :) ale miejscami zalodzona. Tak czy owak szło się dobrze. Nie obyło się bez kontroli straży TPN. Na szczęście bilecików nie zgubiliśmy :) Gdy dotarliśmy do Morskiego Oka chwilę odpoczęliśmy. Nie obyło się bez zjedzenia kanapki lub w przypadku większych pożeraczy kilku kanapek :). Zrobiliśmy kilka pamiątkowych zdjęć i gicior. Część facetów skorzystała z okazji wejścia na zamarznięte Morskie Oko. Wiele radości. Nie było miejsc siedzących w bardzo popularnym schronisku postanowiliśmy cofnąć się kilkaset metrów wcześniej do... nijak to nazwać, ale bar. Można było tam usiąść spokojnie, na czym bardzo zależało zmęczonym turystom i coś jeszcze ciepłego zjeść lub wypić. Spędziliśmy tam dłuższą chwilkę i zaczęliśmy wracać. Na krańcu drogi czekał już na nas umówiony busiarz i zabrał nas do samego domu. Po południu zjedliśmy pyszne spaghetti wg przepisu ks. Piotra. Smakowało wszystkim prawie do ostatniej nitki makaronu :p . Wieczór jak każdy następny spędziliśmy na naszej ulubionej grze w Mafie. Kto nie grał niech żałuje, bo to duża strata! W środę postanowiliśmy podzielić się trochę. I tak jedna część poszła na narty a druga na szlak. Na nartach zdecydowana większość była pierwszy raz, dlatego nie obyło się bez nauki wstępnej. Ks. Piotr pomimo swojej „okrągłej” postury udowodnił, że potrafi jeszcze dużo a tym bardziej jeździć na nartach :-p i to nie byle jak. Nasz ksiądz (mistrzunio) pokazał jak się jeździ. Taka szkoła to jest coś! Jeszcze tylko zostało wypożyczenie sprzętu i już wszyscy mogli się cieszyć białym szaleństwem. Młodzież bardzo bystra, więc szybko załapała, z czym się to je i zaczęli śmigać niczym rajdówki na torze. Zadowolenie było jak Ikara po pierwszym wzlocie w chmury. Oczywiście bez upadków się nie obyło :) Jak już wspomniałem tylko część naszego wyjazdu poszła na narty. Druga ekipa wyszła na szlak. Postanowiliśmy sobie wejść zimą na Nosal. Ładna góra, ·ale na tym można poprzestać. Warunki były niesprzyjające. Zaczął wiać niesamowicie silny wiatr. Śnieżyca zakryła cały krajobraz górski, jaki widzieliśmy wcześniej. Szlak po chwili zasypany śniegiem. Głowy nie było można podnieść do góry, bo dostawało się w twarz lecącym śniegiem. Opowieść niczym z filmu, ale prawdziwa. W połowie drogi zdecydowaliśmy o zawróceniu
ze szlaku. To kolejny przykład historii, że góry są dla ludzi z głową. Czuliśmy ogromny niedosyt, ale wiedzieliśmy, że w górach nie można sobie robić żartów. Po zejściu poczuliśmy ulgę i dumę
z tego, że podjęliśmy bardzo odpowiedzialną i słuszną decyzje. Niby mały szczyt, ale warunki, jakie panowały, sprawiły, że był to jeden z trudniejszych celów do pokonania. Po powrocie i zasłużonym odpoczynku dziewczyny zrobiły niespodziankę. Oczywiście wcześniej zapowiedziały, że ją zrobią, ale nie wiedzieliśmy, co to dokładnie będzie. Zaskoczeniem okazały się naleśniki na obiad. Dwa specjalne z paróweczką i zapiekanym serem dla ks. Piotrka i Wojtka. Reszta, żeby nie było, też była wyśmienita. Niespodzianka udała się, więc wszyscy byli najedzeni. Ostatniego dnia było szlifowanie nowych umiejętności narciarskich. Tylko nastąpiło małe ocieplenie i śnieg nie był już taki miękki jak dzień wcześniej. Każdy upadek kończył się mokrą pupą i całymi nogawkami. Hmm... uroki gór. Czasem słońce, czasem śnieg. Od obiadu do wieczora spędziliśmy czas już
na pakowaniu i porządkowaniu z przerwami na posiłek i na naszą ulubioną grę. W wolnej chwili można było jeszcze pójść na Krupówki na małe zakupy przed podróżą. Nie obyło się bez robienia kanapek na podróż. Wszystko, co piękne szybko się kończy i zostaje tylko wspomnienie. Jesteśmy szczęśliwi z wyjazdu, bo wrażeń nowych nigdy za wiele a w szczególności tych dobrych.
| < Poprzednia | Następna > |
|---|